Gadki z Chatki

Gadki z Chatki nr 25
grudzień 1999
Rozmowa

Muzykowanie

Agnieszka Matecka

Jerzy Burdzy

Jerzy Burdzy ma za sobą kilkuletni staż na stanowisku dyrektora Agencji Koncertowej PSJ, wieloletnią współpracę z Wydziałem Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego, produkcję audycji radiowych w Polskim Radiu (Radio Bis i Program III PR) oraz maleńkim Radiu Mazowsze. Jest współautorem programu komputerowego przeznaczonego dla muzyków - amatorów. W jego dorobku znajduje się płyta Zespołu Polskiego "Oj chmielu" i kaseta kapeli Burczybasy zatytułowana "Idzie Maciek ...". Niektórzy rozpoznali go w filmie "Ogniem i mieczem". Prawdziwą pasją Jerzego Burdzego jest jednak uczenie, o czym wiedzą nie tylko uczniowie, ale też dzieci z pobliskiego domu dziecka, do których także czasem zagląda.


Jakie masz wykształcenie muzyczne?


Skończyłem Akademię Muzyczną - wydział wychowania muzycznego, a szkołę średnią na kontrabasie. Chciałem się dostać na dyrygenturę, ale mi się nie udało, po prostu nie zdałem. Uczeniem zaś byłem zainteresowany jeszcze w szkole średniej. Nie była więc to decyzja, "jak już nie ma gdzie - to wychowanie muzyczne", tylko świadomy wybór, którego nie żałuję. Zaś wybór takiego instrumentu był koniecznością. Zacząłem uczęszczać do szkoły muzycznej jak już skończyłem 18 lat i wiek zdeterminował moją "karierę" muzyczną.


Przyjęto cię tak późno do szkoły muzycznej?


W średnich szkołach muzycznych był taki wydział, wówczas nazywał się eksperymentalny, na który przyjmowani byli kandydaci, którzy nie ukończyli podstawowej szkoły muzycznej. Nauka w tej szkole trwała sześć lat, choć oczywiście niektóre instrumenty (ze względu na wiek) były już dla mnie niedostępne. Rozpoczynanie nauki muzyki tak późno stwarza rzecz jasna wiele problemów - pozostają pewne braki, ale z drugiej strony była to dla mnie jakaś szansa. A ponieważ dyrygentem nie jestem, nie muszę się tłumaczyć dlaczego czegoś tam nie umiem, po prostu lubię uczyć i robię to z pasją.


Kiedy zainteresowałeś się folklorem?


Tak naprawdę to dopiero na studiach dzięki pani Katarzynie Dadak - Kozickiej, która prowadziła wtedy kilka wykładów. Siedziałem na nich zafascynowany i zgorszony tym, że tylko trzy osoby z mojego roku uważnie słuchały, pozostali rozmawiali lub jedli kanapki. Nie chcę krytykować kolegów, nie mieli pojęcia o polskiej muzyce ludowej i mieć nie chcieli. Wykład był znakomity, tylko że oni tego nie zauważyli.

Nie w ramach rekompensaty, ale z czystej ciekawości zainteresowałem się kulturą ludową i później pani Kozicka była promotorem mojej pracy magisterskiej, a więc z folklorem spotkałem się znacznie wcześniej niż zacząłem występować z "Zespołem Polskim". Zbierałem materiały nie tylko do pracy magisterskiej, nawet jeszcze nie myślałem o tej pracy. Zbierałem, bo uważałem, że warto. Zbierałem gdzie się dało. Moim pierwszym rozmówcą (byłem wtedy po pierwszym roku studiów) była staruszka, lekceważona, a nawet wyśmiewana przez swoich wnuków, która poza pięknymi pieśniami znała wiele "starodawnych historii". Do dziś pozostaję pod urokiem tych pieśni, opowiadań i samej zapewne już dawno nieżyjącej pani Szpyrowej.

Życie zawodowe zmusiło mnie do tego, że robiłem to, co musiałem, a nie to, co chciałem. Po studiach podjąłem pracę w Warszawskim Towarzystwie Muzycznym, a wolałbym (o co bez skutku zabiegałem) w Instytucie Sztuki PAN, choćby jako dokumentalista, nie jako pracownik naukowy, bo nie była to sprawa ambicji, a raczej potrzeba kontaktu z ludźmi i tym, co mnie interesuje. Nie było takich możliwości, zostałem więc kierownikiem działu WTM, "dowodziłem" małą firmą nie biorąc za nią odpowiedzialności. To doświadczenie organizacyjne później bardzo mi się przydało.


Czy łatwo nawiązywałeś kontakty?


Lubię rozmawiać i nie mam żadnych problemów z kontaktami ze starszymi ludźmi. Oni na szczęście lubią wspominać dawne czasy i chętnie opowiadają, szczególnie jeśli widzą autentyczne zainteresowanie rozmówcy. Wytwarza się wtedy naturalna więź, nigdy mi się nie zdarzyło, żeby ktoś niechętnie zareagował.


O czym pisałeś pracę magisterską?


O amatorskim ruchu muzycznym w Sanockiem, począwszy od XVI w. aż do czasów współczesnych. Praca ta dotyczyła nie tylko muzyki ludowej, ale każdego przejawu działalności muzycznej. Niegdyś w Sanoku było kilka orkiestr dętych, między innymi zespół, który wygrał Ogólnopolski Konkurs Orkiestr Wojskowych. Odbywały się tam prapremiery utworów Różyckiego. Działy się tam przed wojną niesamowite rzeczy, które dziś nie mieszczą się w głowie, nie mówiąc już o tym, że nie mieszczą się w planie działalności prowincjonalnego miasteczka. Istniały w nim trzy duże orkiestry, między innymi operowa i symfoniczna, a mówię tu o najważniejszych, bo były jeszcze zespoły muzyczne w każdej szkole. Tak było nie tylko w czasie dwudziestolecia międzywojennego, ale też pod zaborami. Po wojnie jeszcze coś się tliło, ale świadomie ograniczano te inicjatywy. W Haczowie, na przykład, były tradycyjne pieśni układane przez młodych ludzi, którzy wieczorami chodzili po wiosce (a wieś jest duża) i śpiewali przyśpiewki o swoich sąsiadach. Po wojnie milicja karała ich za to mandatami za zakłócanie spokoju, bo nie można było tego kontrolować. Starano się okiełznać twórczość amatorską m.in. przy pomocy domów kultury i to się na niej odbiło negatywnie. Szkoda, bo ruch amatorski jest zjawiskiem bardzo wartościowym, pozwala zachować tożsamość narodową.


Czy Zespół Polski był twoim pierwszym spotkaniem ze sceną?


Po długiej przerwie zdecydowanie tak. Nie grałem już wiele lat, zająłem się biznesem, uczeniem, nie miałem nawet kontrabasu. W piwnicy od kilkunastu lat były co prawda resztki instrumentu, który kupiłem za śmieszne uczniowskie pieniądze - kawałek popękanych pleców i boki. Zamierzałem to spalić, ale zanim doszło do tego ogniska, zorientowałem się, że drewno może się jednak przydać, choćby do łatania innych instrumentów. Zawiozłem kontrabas do lutnika i okazało się, że chciał go wyremontować. Z tamtego instrumentu zostały uratowane plecy i trochę boków, gryf - duszę, podstawek, płytę wierzchnią dorobił lutnik. Zażądał za to śmiesznie małej kwoty, siłą niemal zmusiłem go do wzięcia "premii".

A z Zespołem Polskim to było tak. Najpierw zrobiłem w Radiu Bis audycję z Marią Pomianowską. Po tym programie Marysia zaproponowała mi wspólne muzykowanie, bo ich basista nie chciał jechać na Tajwan! Długo się zastanawiałem, miałem miesiąc czasu, żeby nauczyć się grać na basetli. Było to trudne, nawet się nie spodziewałem, że aż do tego stopnia. Bas trzyma się podobnie jak gitarę w muzyce rozrywkowej, w bardzo niestabilnej pozycji. Jeśli się gra na gitarze nawet zawieszonej na śliskim sznurku to sytuację ratują progi, a tu .... Poza tym basetla Zespołu Polskiego ma ograniczone możliwości techniczne, dość długie pudło, krótką szyjkę. Można na niej grać tylko w pierwszej i drugiej pozycji, a o piątej czy szóstej nie ma co marzyć. Są to utrudnienia bardzo poważne dla klasycznego muzyka i gra przychodziła mi z trudem. Pojechałem na Tajwan, pograłem sobie i dzięki Marysi wróciłem do muzykowania.


Z Zespołem Polskim nagrałeś jedną płytę, a jak powstały kolejne twoje nagrania - kaseta "Idzie Maciek"?


Zawsze chciałem nagrać, czy choćby doprowadzić do nagrania utworów dziecięcych, bo ten repertuar jest bardzo ograniczony i zaniedbany. To co jest na rynku, to są z reguły bardzo złe utwory nagrane z plastykowym keyboardem, automatyczną perkusją i udziwnionym wokalem - po prostu sztuczne. Dlatego chciałem nagrać coś w stylu "Affabre Concinui" z Poznania - grupy wokalnej, która potrafi z humorem i smakiem aranżować zarówno utwory klasyczne jak i przeboje Presley'a. Na początku planowałem nagrać klasykę dziecięcą, np. Noskowskiego. Później pomyślałem o repertuarze ludowym, o tym, żeby profesjonalny lub półprofesjonalny zespół przygotował wdzięczną muzykę dla dzieci. Do takiego repertuaru jednak nie mogłem dopasować zespołu. W końcu, skoro zespołu nie było, to trzeba było go stworzyć i tak powstała Kapela Burczybasy - kapela bez szefa!

W samych nagraniach jest trochę niedociągnięć, które świadomie pozostawiliśmy, żeby kaseta nie brzmiała zbyt sterylnie i sztucznie. Niektóre piosenki były nagrywane tylko w jednej wersji, chociaż dla bezpieczeństwa powinniśmy nagrać drugą. Nie robiliśmy tego, bo uważaliśmy, że następnym razem potknięcie będzie w innym miejscu. Chcieliśmy, żeby było w tej muzyce trochę życia, atmosfery koncertu. Oczywiście nie wszystkie piosenki są tak nagrane, np. "Ballada o trasnym smoku" powstała wielośladowo, ze specjalnymi efektami, ale to jest jeden z niewielu utworów powstałych w ten sposób.


Przede wszystkim jesteś nauczycielem ....


Tak i to nieprzerwanie już ponad dwadzieścia lat, ale w szkole pracuję dopiero trzeci rok. Często wybierałem uczniów z problemami, dzięki temu sam się wiele nauczyłem. Pracowałem z dziećmi, które ucząc się (tradycyjną metodą) kilka miesięcy gry na instrumencie nie były w stanie zrozumieć notacji, nie mogły też zapamiętać zadanych utworów. Po dziesięciu minutach lekcji eksperymentalnej potrafiły opanować uproszczoną notację "muzilo" polegającą ogólnie na tym, że linie są przedłużeniem czarnych klawiszy. Jest to rodzaj tabulatury. Dziecko mając te linie zapisane pionowo bardzo szybko kojarzy zapis z układem klawiszy. Uczyłem też osiemdziesięcioletniego pana, który chciał grać na akordeonie. Było to bardzo ciekawe, bo ten pan okazał się zdolniejszy niż wielu moich "zwykłych" uczniów.

Zanim jeszcze poznałem koncepcję Kodaly'a, sam ją intuicyjnie stosowałem. Tam, gdzie to możliwe uczyłem siebie i innych metodą relatywną uważając, że jest lepsza. Byłem samoukiem - grając na gitarze przy ognisku w Bieszczadach, wyczuwałem tylko istotę funkcji nie myśląc o nazwach absolutnych.

Po latach sam wymyślam różne pomoce dydaktyczne dla amatorów. Niektóre z tych pomocy uważam za swoje największe życiowe osiągnięcie. W programach szkół muzycznych przewidziano kilka miesięcy (minimum) na opanowanie wszystkich gam i tonacji koła kwintowego. Ja wymyśliłem taką prostą pomoc, która pozwala na opanowanie tego materiału w ciągu dziesięciu minut w przypadku zajęć indywidualnych w swojej klasie robię to czasie jednej, najwyżej dwóch lekcji.


Wspomniałeś o koncepcji Kodaly'a.


Mówiąc w skrócie wykorzystuje ona do nauki muzykę ludową, opiera się głównie na kształtowaniu śpiewu. W zasadzie w Polsce korzystamy tylko z tych dwóch jej elementów. Jest jeszcze trzeci, niedoceniany - organizacja systemu edukacji, który mnie szczególnie zajmuje. W Polsce ta organizacja jest kulawa, publiczne szkoły muzyczne są horrendalnie drogie, jest to chyba najdroższy system edukacji muzycznej w świecie. System ten jest jednocześnie niesprawiedliwy i nieracjonalny, obejmuje niewielki tylko procent uzdolnionej młodzieży.

Faktem jest, że w dziedzinie muzyki mamy do czynienia z katastrofą kulturalną. Nie da się tego nadrobić poprzez szkoły, bo brakuje ok. 10 tys. nauczycieli muzyki. Przy tym systemie edukacji potrzeba 200 lat, aby doprowadzić do stanu, w którym każde polskie dziecko będzie mogło uczyć się muzyki w szkole, tak jak uczą się dzieci w innych krajach Europy (łącznie z Białorusią).

Ale istnieje w ogóle niewykorzystany ruch amatorski, którym nikt się poważnie nie zajmuje. Prowadzone są wyłącznie badania w sferze diagnozy naukowej. Mamy znakomitych teoretyków. Jednak w rzeczywistości na poprawę poziomu kultury muzycznej w naszym kraju większy wpływ mają analfabeci muzyczni - dziennikarze (np. Mirek Wrona z Teleexpresu) oraz wydawcy niektórych szkół na keyboardy i gitary . Strach czytać!

Tu jest ogromne pole do działania jeśli chodzi o metodę Kodaly'a, aczkolwiek szkolnictwo węgierskie odchodzi już częściowo od niej - oszczędzają. Na Węgrzech są szkoły ze specjalnym programem muzycznym, gdzie dzieci mają pięć godzin muzyki tygodniowo - godzinę dziennie. Obecnie liczba godzin jest zmniejszana do dwóch. Ten system rozszerzonego umuzykalnienia jest stosowany mniej więcej w co dziesiątej szkole.

Dzięki metodzie Kodaly'a Węgry stały się krajem o chyba najwyższym poziomie kultury muzycznej w Europie, a jeszcze po II wojnie światowej mogliśmy się z nimi równać. Dzisiaj przeciętny Węgier dziesięciokrotnie częściej chodzi na koncerty muzyki poważnej niż przeciętny Polak...

Polacy nie znają swojej muzyki, choć stosunkowo łatwo to zmienić. Wszyscy obserwujemy zaskakujące, często entuzjastyczne reakcje publiczności na polską muzykę ludową. Wielokrotnie organizowałem koncerty w szkołach, w trudnym środowisku i młodzież z dużych miast znakomicie przyjmowała występy swoich rówieśników śpiewających muzykę ludową i grających na ludowych instrumentach. Trzeba było przełamać barierę, ale okazało się to stosunkowo łatwe. Kiedyś nadarzyła się okazja pokazania uczniom mojej szkoły zespołu dziecięcego ze szkoły japońskiej. Nie był on może doskonały muzycznie, ale ta młodzież grała z wielkim zaangażowaniem i wiarą, że muzyka tradycyjna ma jakieś znaczenie. Jeśli choć raz pokaże się coś takiego, to potem własna działalność staje się bardziej wiarygodna.


Czy w szkole uczysz metodą Kodaly'a?


Tak. Mam swój autorski program, korzystam też z podręczników dla klas I - III napisanych przez koleżanki z Koła Kodaly'owskiego - Marię Czarnecką i Annę Walugę, a w starszych klasach nie korzystam z książek zupełnie. W ubiegłym roku jedna z trzech równoległych klas pierwszych miała rozszerzony program muzyki - 2 godziny tygodniowo. W tym roku jest to już klasa druga i wciąż męczą się ze mną dwie godziny w tygodniu - i tak już będzie do ukończenia przez nich szkoły podstawowej, a co roku kolejne pierwszaki przyjmowane będą do klasy muzycznej.

Koncepcja Kodaly'a jest szeroko stosowana w wielu krajach świata np. w Japonii czy Stanach Zjednoczonych, na Filipinach, w Hong Kongu i Australii. Niekiedy jest to bzdurne kopiowanie np. Japończycy uczyli się węgierskich piosenek. Polska adaptacja koncepcji Kodaly'a jest pod każdym względem poprawna. Jest to dobra droga, jeśli już ktoś raz uwierzy w to, że folklor nie jest śmieszny, jeśli uda się muzyki ludowej nie kojarzyć z cukierkowym "Mazowszem" czy babciami, które już nie potrafią czysto i ładnie śpiewać. Poza tym jest moda na folk i trzeba ją wykorzystać. Muzyka ludowa ma wiele zalet. Jest łatwa, ma bogaty repertuar, nie ma gradacji utworów (łatwe dla dzieci, trudniejsze dla dorosłych), jest w niej miejsce na improwizację.

Metoda Kodaly'a nie jest popularna w Polsce. Być może ok. 10% dzieci ma nauczycieli muzyki przygotowanych do zawodu z czego najwyżej 1/5 uczy tą metodą. Więcej o tym systemie kształcenia można się dowiedzieć w Kole Kodaly'owskim Polskiej Sekcji ISME w Akademii Muzycznej w Warszawie.


Założyłeś prywatną szkołę muzyczną nauki gry na instrumentach ludowych.


Szkoła jest malutka, nie ma, powiedzmy, piętnastoosobowej klasy liry korbowej. Jest trójka cymbalistów, kilka osób chętnych do nauki gry na lirze korbowej i zespół wokalny.

W tej chwili mamy już lirę korbową i cymbały, mamy przyznaną dotację na zakup basetli, planujemy też kupić dudy i bębny. Uczymy przede wszystkim gry na instrumentach klasycznych, a więc fortepian, skrzypce - są to normalne lekcje zgodne z programem ministerstwa, a poza tym prowadzimy naukę gry na instrumentach ludowych. Szkoła powstała dwa lata temu, istniała wtedy dzięki pomocy finansowej władz Gminy. Cały czas liczyłem, że będzie to placówka gminna, ale teraz już wiem, że musi to być szkoła prywatna - dalej liczę jednak na pomoc Gminy. Oprócz mnie w szkole pracują dziewczyny z Kapeli "Burczybasy" - Małgosia Szarlik uczy grać na skrzypcach, Marta Stanisławska - na cymbałach.


Czy dzieci są takim instrumentarium zainteresowane? Jak reagują rodzice?


Dzieci chętnie przychodzą na zajęcia i nie mają żadnych oporów przez graniem na ludowych instrumentach. W tej chwili mamy promocję - zajęcia na cymbałach są bezpłatne, bo udało nam się znaleźć pieniądze z gminy. Lekcje na pozostałych instrumentach są płatne, ale mogę zapewnić, że oferujemy ceny najtańsze w stolicy, niekiedy nawet trzykrotnie. Są dwa wydziały: klasyczny i ludowy. Przyjmujemy wszystkie dzieci wychodząc z założenia, że każdy może się uczyć u każdego nauczyciela. Uważam, że jeśli ktoś będzie chciał pobierać lekcje u Zimmermana, a jest przedszkolakiem, ma dwie lewe ręce i nie słyszy na jedno ucho, to może pod warunkiem, że pokryje wszystkie koszty. Tak mówiąc poważnie, to chciałbym faktycznie sprowadzać sławy w charakterze konsultantów. Jeśli taki nauczyciel poprowadzi nawet piętnastominutową lekcję raz w miesiącu ze średnio zdolnym uczniem, to w porządku, strata byłaby wtedy, gdyby miał on lekcje powiedzmy dwa razy w tygodniu. Jest kwestia proporcji i staram się je zachować. Dzisiaj przekazałem czwórkę moich uczniów koleżance, która jest pianistką. Ja uczę tylko początków gry na fortepianie, a przede wszystkim rozbudzam motywację. Prowadzę też dla początkujących lekcje gry na gitarze, lirze korbowej, mandolinie, organkach i oczywiście kontrabasie. Wszystkie dzieci uczą się grać na flecie. Na tych instrumentach nie jestem wirtuozem dlatego przekazuję dzieci zdolne w ręce kompetentnych nauczycieli.

Nasza szkoła różni się od większości szkół muzycznych tym, że ambicje nauczycieli pomagają, a nie przeszkadzają w wyborze właściwej "kariery" ucznia: muzyka-wirtuoza, kameralisty, członka orkiestry, muzyka-amatora, czy wreszcie "tylko" melomana. Wszyscy tego bardzo przestrzegają, przede wszystkim liczy się kontakt z dzieckiem, a nie realizowanie programu przygotowanego przez MKiS wyłącznie dla przyszłych muzyków-wirtuozów.

Moją ideą jest to, żeby szkoła muzyczna funkcjonowała np. w co dziesiątej szkole. W takiej szkole rejonowej będzie można nauczyć się podstaw muzyki, po czym przejść do gimnazjum.

Szkoła była zawsze moim marzeniem. Kiedyś jeszcze w PSJ zorganizowałem jazzowe ognisko muzyczne, w którym uczyli m.in. Jan Ptaszyn Wróblewski i Krystyna Prońko. Mój następca rozwiązał to ognisko, bo nie przynosiło dochodów. Później próbowałem je odtworzyć, ale nie udało mi się z powodów administracyjnych i lokalowych. Za pięć lat przewiduję otwarcie wydziału jazzowego w mojej szkole. Wtedy moi uczniowie będą już odpowiednio przygotowani, aby uczyć się jazzu.

W szkole uczymy improwizacji już przy pierwszym kontakcie z instrumentem. Każdy może tworzyć - to ważne zarówno w muzyce jazzowej, jak i ludowej. W normalnych szkołach muzycznych nie uczy się improwizacji w ogóle.


Często młodzi ludzie po szkole muzycznej nie muzykują. Uważasz, że metoda Kodaly'a może to zmienić?


Tak, chociaż nie jest to jedyne możliwe rozwiązanie. Problem leży w tym, że jeśli ktoś gra w szkole utwory trudne, wymagające żmudnych ćwiczeń, a potem w normalnym życiu nie ma czasu na ćwiczenia, to te utwory mu nie wychodzą i się zniechęca. Nie chce jednak grać łatwych utworów, bo nie chce się cofać. Jeśli nie umie się improwizować, to fortepian staje się wyrzutem sumienia, a nie przyjacielem. W metodzie Kodaly'a jest miejsce na improwizację nawet przy braku techniki. Umiejętność improwizacji daje szansę powrotu do muzykowania. Wydaje mi się, że ktoś, kto umie improwizować nie musi obrażać się instrument.


A ty na chwilę porzuciłeś muzykowanie i zagrałeś w filmie


Jerzy Burdzy

Nagrania do filmu "Ogniem i mieczem" były wielką przygodą. Gdyby ktoś poprosił mnie o posprzątanie za darmo na planie tego filmu, to też bym się zgodził, żeby mieć w jego realizacji jakiś udział. A producenci zaprosili mnie do nagrań i na dodatek zapłacili. Praca była fantastyczna, wystąpiłem z Burczybasami w scenie wesela, potem pracowaliśmy w studiu, nagrywałem też z Krzysztofem Kowalewskim dumkę lirnika, co nie było łatwe. Miałem kłopoty z doborem struny, która by nie pękła przy dostosowaniu tonacji do możliwości aktora. Dźwięk liry miał być toporny, trochę fałszywy, instrument miał piszczeć jakby struna była zrobiona z postronka. Kowalewski miał też kłopoty z samodzielnym śpiewaniem. W końcu wpadliśmy na pomysł, żeby Romek Rewakowicz śpiewał do drugiego mikrofonu i Onufry Zagłoba mając w słuchawkach jego głos zaśpiewał czysto. To czy na ekranie pojawi się lira nie było pewne: w książce Sienkiewicz pisząc o lirze, napisał że Zagłoba uderzył w struny. To wskazywało raczej na bandurę. Być może autor "Trylogii" nie wiedział jak się gra na tym już za jego czasów rzadkim instrumencie. Hoffman początkowo też chciał bandurę, ale usłyszawszy lirę zaakceptował ją.

Na planie filmu umówieni byliśmy jako tzw. aktorzy trzecioplanowi. Jak przyszło do charakteryzacji zaczęto wszystkich golić zostawiając na czubku kępkę włosów. Jako nauczyciel nie mogłem sobie pozwolić na taką ekstrawagancką fryzurę. Już zacząłem rozglądać się za statystą, którego mógłbym do gry przyuczyć, ale przypomniałem sobie, że w tamtych czasach bardzo modny był kołtun i poprosiłem żeby mnie tak uczesali. Sami dołożyli mi jeszcze pryszcze na twarzy - byłem zachwycony... aż zajrzałem do lustra! Byliśmy tylko jeden dzień na planie - to była zabawa! Poznaliśmy ludzi filmu, mieliśmy okazję dotknąć rekwizytów - wszystkie były rzetelnie zrobione. Jednak gdybym był aktorem, to występowałbym tylko w dwu-, trzyminutowych filmach i to bez dubli. Emocje związane z uczeniem są mi jednak bliższe.


Rozmawiała Agnieszka Matecka